Geneza Bloga

2018-11-04 [wersja do druku]
Lada dzień mija rok, od kiedy dostaliśmy pierwsze pismo z sanepidu, pomyślałam więc, że jest to świetna okazja, żeby wreszcie napisać post, do którego przymierzam się już od paru miesięcy. O tym, jak wyglądała nasza korespondencja, jak sobie poradziłam i z czego zrodził się pomysł na dzielenie się moimi "odkryciami".

Zacznę może od tego, że pierwsze dziecko zostało zaszczepione na wszystko i jeszcze zafundowałam mu rotawirusy. Oczywiście żyłam wtedy w błogim przekonaniu, że po szczepieniu można mieć co najwyżej gorączkę i zaczerwienienie, miałam jednak na tyle rozumu, żeby ominąć szerokim łukiem szczepionki ileśtamw1. Zresztą akurat krążyła wtedy jakaś opowieść o dziecku, któremu taki koktajl podobno zaszkodził, a płacz przy wkłuciu to najmniejszy problem i można zapłacić taką cenę za uodpornienie na całe życie. Swoje przechorowała, ale nigdy nie łączyłam tego ze szczepieniami. Dopiero teraz zaczynam mieć podejrzenia. Wszystko okaże się, kiedy dojdę do tej choroby, o której myślę. Tragedii nie było, ale skończyło się zabiegiem w znieczuleniu ogólnym. Jedyny pozytywny efekt był taki, że anestezjolog powiedział nam, żeby zawsze przed narkozą informować, że ma zeza, bo wtedy trzeba dobrać odpowiednie środki.

Potem urodziło się drugie dziecko i parę dni po powrocie ze szpitala odwiedziła nas położna z wizytą patronażową. Oczywiście poinformowała mnie o szczepieniach, dała ulotki i kazała poczytać i zastanowić się, na co chcę szczepić... znaczy chyba chodziło jej o zalecane. Nie mam pojęcia, jak trafiłam na te informacje - musiały po prostu wyskoczyć w przeglądarce. Kiedyś pewnie zaufałabym lekarzom i skończyłoby się na przeczytaniu "przewodników dla rodziców", ale po przejściach z pierwszym dzieckiem, kiedy to dostawała kolejne leki i antybiotyki, które robiły dokładnie nic, a ja szukałam alternatywnych rozwiązań na własną rękę, nauczyłam się wychodzić poza standardy.

Jako że pierwszy raz dowiedziałam się, że w ogóle jest coś takiego jak NOP, trochę ścięło mnie to z nóg. Przyznaję, że strach wziął górę. Na pierwszą wizytę szłam na miękkich nogach, nie wiedząc, czego mogę się spodziewać, i jak sobie poradzę. Wiedziałam tylko, że mam nic nie podpisywać. Na szczęście nie było afery tylko rozmowa. I wtedy wpadła lekarka z sąsiedniego gabinetu na konsultacje, bo ona już któryś z kolei antybiotyk dziecku przepisała i nic nie działa, i co ona ma robić? A tymczasem mnie dopadła pielęgniarka z druczkiem. Czytam w tym harmiderze, że zostałam o wszystkim wyczerpująco poinformowana, biorę odpowiedzialność na siebie, i przesuwam szczepienia, aż dziecko skończy 3 miesiące. Podpisałam.

Czytałam i czytałam. Wiedziałam coraz więcej i jednocześnie coraz mniej. W końcu 3 miesiące minęły i zaczęła wydzwaniać pielęgniarka. Udało mi się trochę odciągnąć wizytę - to katarek, to ja byłam chora. Poszłam, jak miał już ponad 5 miesięcy. Wiedziałam tylko, że mam nic nie podpisywać. Rozmowa przebiegła bez ekscesów, oczywiście my na siłę nie zaszczepimy. Wyszłam z gabinetu i już na korytarzu dopadła mnie pielęgniarka z druczkiem. He, he, nie ze mną te numery. Oj, bo my tu będziemy mieć problem z sanepidem. Podpisałam... że zostałam o wszystkim wyczerpująco poinformowana, biorę odpowiedzialność na siebie, i przesuwam szczepienia, aż dziecko skończy rok. Mam takie dobre serce, nie umiem być sukoła... Ale się leczę. Leczę się z dobrego serca.

Czytałam dalej, aż w końcu się zmęczyłam. Wtedy kompletnie nie wiedziałam, jak zabrać się do tematu, jak sprawdzić, kto ma rację. Rzuciłam wszystko, żeby odpocząć, szczególnie, że miałam jeszcze kilka miesięcy. Czasem tylko coś tam poczytałam, ale już nie tak intensywnie. O dziwo rok minął, a tu cisza, ale wiedziałam, że w końcu coś się zacznie, że muszę do tego wrócić. Cały czas siedziało mi to z tyłu głowy, ale potrzebowałam motywacji. I wtedy listonosz przyniósł motywację. Yep, pisemko z sanepidu. "Łolaboga, dziecko nie ma tego, tego, tego, tego, tego, tego i tego. Szczepienia uratowały ludzkość i w ogóle są super-hiper. Natychmiast do punktu szczepień, bo jak nie to grzywna, Panie i Pani".
Za radą STOP NOP, w odpowiedzi wysłałam pismo z pytaniami. Miałam napisać, że teraz wysłałabym inne pytania, a jak tak je czytam, to nadal uważam, że są sensowne. Było to 13 głównych pytań, ale niektóre zawierały podpunkty. Kilka to były tzw. zapchajdziury, takie, na które i tak znałam odpowiedzi, np. pytanie o dostępność w Polsce szczepionek etycznych albo o kwalifikację do szczepienia BCG. Były też takie, na które naprawdę chciałabym poznać odpowiedzi:
- czy z powodu ciągłych szczepień przez pierwsze 2 lata życia dziecko ma permanentnie obniżoną odporność na wszystkie inne infekcje,
- dlaczego zdarzają się NOPy, jeśli wg dr Feleszko układ odpornościowy dziecka jest w stanie przyjąć 10 tysięcy szczepionek jednocześnie,
- jaka jest przyczyna nieutulonego płaczu i co odczuwa wtedy niemowlę?
Jednak najbardziej chyba interesuje mnie kwestia kwalifikacji NOPów, a konkretnie rozbieżności pomiędzy klasyfikacją NIZP-PZH a WHO.

Pod pytaniami zamieściłam formułkę, która chyba załatwiła sprawę:

Choroby zakaźne znane są od dziesięcioleci, łatwo przewidzieć ich powikłania, rozwinęły się też metody ich leczenia. Niektóre nie występują na terenie Polski od lat lub liczba zachorowań na nie jest stosunkowo mała. W żadnym przypadku nie można mówić o epidemii.
W świetle obecnie dostępnej wiedzy uważamy, że prawdopodobieństwo zachorowania na choroby zakaźne, następnie ciężkiego ich przebiegu i w ostateczności wystąpienia trwałych powikłań jest mniejsze, niż przyjmowanie z dużą częstością obcych substancji (z pominięciem układu pokarmowego) przez młody, rozwijający się dopiero organizm, czego skutki bezpośrednie trudno oszacować, nie mówiąc o długofalowym wpływie na zdrowie.

Zgodnie z art. 15 Kodeksu Etyki Lekarskiej postępowanie diagnostyczne, lecznicze i zapobiegawcze wymaga zgody pacjenta. Orzecznictwo sądowe wskazuje, że zgoda pacjenta w rozumieniu art. 32 ust. 1 oraz art. 34 ust. 1 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty musi być zgodą „objaśnioną”, „poinformowaną”, a więc świadomie akceptującą przez pacjenta zrozumiałe przezeń ryzyko dokonania zabiegu i przejęcie na siebie tego ryzyka.
Ponieważ nie znamy ryzyka związanego z zabiegiem, NIE UDZIELAMY ZGODY na zaszczepienie naszego dziecka, do czasu uzyskania wyczerpujących informacji i ponownego przeanalizowania tematu.
Wiele się nie dowiedziałam. Części pytań, jak stwierdził sanepid, nie należy kierować do niego, tylko do lekarza. W sumie słusznie, co oni mogą na ten temat wiedzieć? Natomiast odpowiedzi na pytania o kwestie prawne zostały udzielone bardzo wymijająco. Ja się pytam: "co robicie wtedy a wtedy", a oni na to: "mamy napisane, żeby zrobić to a to". Nie dowiedziałam się jednak, co robią rzeczywiście. Innymi słowy zacytowali mi przepisy, ale nie wyjaśnili, jak je interpretują. Treść pisma ograniczyli jedynie do odpowiedzi na pytania i nie wspominali już o żadnych grzywnach.
I co tu dalej robić? Niby dali sobie spokój, ale za jakiś czas znowu mogą się odezwać. Nie mogę tego tak zostawić. Poza tym niejako zadeklarowałam w piśmie, że nie wyrażam zgody na szczepienie DO CZASU otrzymania pełnej informacji i ponownego przemyślenia decyzji. I rzeczywiście chcę się więcej dowiedzieć, bo temat mnie zainteresował. STOP NOP doradza, żeby w przypadku odesłania do lekarza, wysłać do niego pytania. No ale tak męczyć biedną panią (ach, to moje dobre serce), przecież to tylko trybik w maszynie. Ale mam inne wyjście? Przecież sanepid kazał.

Tymczasem, pierwsze co zrobiłam, to sprawdziłam przepisy, na które powołuje się sanepid. Najpierw te przytoczone, potem całe ustawy, żeby znać kontekst. No kuźwa, jaja se robicie? Jak niby z tych trzech na krzyż ogólnikowych przepisów wynika, że można jakąś grzywnę nakładać? A przecież pod wpływem tego bezpodstawnego zastraszania większość rodziców decyduje się szczepić dzieci wbrew swojej woli, niektórzy wchodzą na drogę sądową tracąc na tę zbędną zabawę mnóstwo czasu i pieniędzy i jeszcze wspomina się o ograniczaniu praw rodzicielskich! Fakt ten stał się bezpośrednim przyczynkiem do powstania bloga. Ludzie muszą się dowiedzieć, jak mogą się bronić.

Drugim bezpośrednim przyczynkiem było podawanie wybiórczych danych na temat zachorowań na odrę, z pominięciem lat, gdzie akurat było ich mniej. Zaczęłam sama sprawdzać dane statystyczne i tak powstał pierwszy post o HISTORII ODRY W POLSCE. A potem to już poszło, bo odkryłam, od której strony zabrać się za szczepionki z wykorzystaniem moich naturalnych talentów :)

Akurat zbierałam się na bilans 2-latka, więc nadarzyła się świetna okazja, żeby rozeznać się w podejściu naszej pediatry do szczepień, a ma ona długi staż pracy (chodziłam do niej jako dziecko) i bardzo dobre opinie. Kiedy rozmowa zeszła na szczepionki, zostałam postraszona, że ostatnio jakieś dziecko zmarło na odrę. Rzeczywiście coś mi się takiego obiło o uszy, więc nie negowałam, ale kiedy Pani Doktor zaczęła mówić o epidemii, zaczęłam się śmiać. Wiedziałam już przecież, jak epidemie wyglądały kiedyś, a jak choruje się teraz. I wtedy nastąpiło coś bardzo dziwnego, bo Pani Doktor też zaczęła się śmiać. No więc jesteś lekarzem, przychodzi do Ciebie matka, która nie chce szczepić, mówisz jest, że niedawno zmarło dziecko, a ona się śmieje. Nie powinnaś się czasem oburzyć? Może źle to zinterpretowałam, ale odebrałam to jako przyłapanie na kłamstwie i próbę odwrócenia uwagi. Ups, ona wie...

Potem stało się coś może jeszcze dziwniejszego, bo powiedziała coś, czego nie spodziewałabym się usłyszeć od lekarza: obecne niemowlęta chorują na odrę, bo ich matki BYŁY szczepione. W sensie, że same nie przechorowały i nie mogły przekazać przeciwciał dzieciom. Kiedyś tak nie było, kiedyś niemowlęta mniej więcej do 6 miesiąca życia nie chorowały na odrę. Raczej spodziewałabym się, że powiedziałaby coś w stylu: obecne niemowlęta chorują na odrę, bo ich starsze rodzeństwo NIE JEST zaszczepione.

Na zakończenie naszej rozmowy Pani Doktor stwierdziła, że ona szczepienia popiera i swoje dzieci szczepiła. Uff, dziękuję, kamień z serca. Teraz bez żadnych wyrzutów sumienia mogę wysłać pytania. A potem podpisałam druczek. Nie, nie, spoko. Podpisałam, że zostałam poinformowana o szczepieniach zalecanych :)

Tak przy okazji: kiedy byłam mała, przychodnia była podzielona na cześć dla dzieci zdrowych i część dla dzieci chorych. Były dwa osobne pomieszczenia z dwoma osobnymi wejściami. U dzieci chorych (bo tylko te pamiętam) pani w rejestracji siedziała za szybą i trzeba było krzyczeć w szparkę na dole, żeby coś usłyszała. Potem przychodnię przebudowali i teraz jest jedno wielkie pomieszczenie, a rejestracja jest kompletnie otwarta. Może i dzieci chore i zdrowe zapisywane są na inne godziny, ale nadal czekają w tej samej poczekalni i wchodzą do tych samych gabinetów. A obok siedzą dziadkowie po leki i babcie ze szczepionką przeciw grypie. U Was też tak jest? Potem krążą po internecie opowieści typu: moja nieszczepiona jeszcze córka zaraziła się w poczekalni od dziecka chorego na krztusiec. Czemu to ma służyć?

Kiedy wróciłam do domu, przeszukałam internet. Okazało się, że rzeczywiście na odrę zmarło dziecko, ale nie "ostatnio", tylko prawie 3 lata wcześniej! Wizyta miała miejsce 5 grudnia 2017 roku, a dziecko zmarło 18 lutego 2015 roku. To ja już rozumiem, dlaczego Pani Doktor się śmiała. Dodatkowo 1,5-roczny chłopczyk był chory na jeszcze jedną chorobę. Czy Freddie Mercury zmarłby na zapalenie płuc, gdyby nie miał AIDS?

W następnym kroku wysłałam dwa pisma: jedno do sanepidu i jedno do pediatry.

Sanepid otrzymał kilka dodatkowych pytań odnośnie kwestii prawnych. Chciałam się dowiedzieć, jak konkretnie wygląda ścieżka postępowania od przepisu do przepisu. To znaczy wiedziałam, że nie da się tego połączyć, ale byłam ciekawa, co mi odpiszą. Trzy pozostałe pytania dotyczyły:
- procedury zgłaszania NOPów, o czym więcej pisałam już w poście SYSTEM MONITOROWANIA NOPÓW,
- kwalifikacji NOPów,
- badania kwalifikacyjnego przed szczepieniem BCG, ale to raczej na zasadzie wytknięcia im, że mają na to wielki wpływ, wbrew temu, co twierdzą.
Otrzymali też kopię pytań do lekarza, żeby wiedzieli, że próbuję przemyśleć moją decyzję.
Z kolei Pani Doktor została uraczona formułką:

Nasze pismo z dnia 20 listopada 2017 roku, którego kopię otrzymała NZOZ (przychodnia), zawierało szereg pytań dotyczących szczepień. Państwowy Powiatowy Inspektor Sanitarny w (miasto) odpowiedział na kilka z nich, a po pozostałe odpowiedzi odesłał nas do lekarza, do którego zaopcjonowane jest dziecko. Na ostatniej wizycie dotyczącej bilansu dwulatka powiedziała Pani, że uważa, iż szczepienia są potrzebne. Nie mamy w takim razie wątpliwości, że posiada Pani wiedzę popierającą takie przekonanie. Na podstawie art. 9 ust. 2 oraz art. 12 ustawy z dnia 6 listopada 2008 r. o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta prosimy o udzielenie pisemnej odpowiedzi na poniższe pytania.

Pytania dostała te same, które wcześniej wysłałam do sanepidu, tylko trochę je spersonalizowałam:
- rozbudowałam pytania dotyczące nieutulonego płaczu, no bo to przecież kwestia medyczna, więc miałam nadzieję dowiedzieć się konkretów,
- dodałam pytanie o to, które dokładnie składniki szczepionek powodują NOPy,
- zapytałam o konkretne przepisy dotyczące weryfikacji NOPów i o to, w jaki sposób ona sama zgłasza NOPy, co jest dla mnie bardzo istotne, gdyż chcę u niej zaszczepić moje dziecko,
- zapytałam też o klasyfikację NOPów, w szczególności o różnice między ciężkim a poważnym NOPem, co dokładnie PZH uznaje za ciężki NOP i czy ona sama zgłosiła kiedyś ciężki NOP,
- poprosiłam o wyjaśnienie bilansu zysków i strat dotyczącego szczepienia BCG w pierwszej dobie życia i dlaczego nie można tego szczepienia opóźnić,
- zapytałam o to, przechorowanie których chorób zwalnia ze szczepienia,
- na koniec poprosiłam o wyjaśnienie pojedynczych przypadków zachorowań na odrę (na to pytanie znalazłam już częściową odpowiedź, ale prywatnie i zupełnie przypadkiem).
Wkrótce dostałam odpowiedź od sanepidu typu: "jużeśmy napisali, daj nam Pani spokój, co złego, to nie my". Niby rozpisali dokładniej przepisy, jednak nie pokazali przejść między nimi. Od tamtej pory mam spokój i w kwestii szczepień, i w kwestii grzywny. Za to oni już nie zaznają spokoju, ale o tym później :D
Tymczasem odpowiedzi od Pani Doktor ani widu, ani słychu. Minęło 14 dni, minął miesiąc... W końcu 2 miesiące później (sic!) dostałam pismo. Otwieram, czytam treść na szybciocha: ... wyżej wymienione pytania, zwracamy się z prośbą o ustosunkowanie się do nich. Ale co, mam narysować? Za słabo opisałam? Sprawdzam nagłówki, adresy i wtedy do mnie dotarło, że to nie jest pismo do mnie, tylko pismo wysłane od naszej pediatry do sanepidu, a ja tylko dostałam kopię. To był najbardziej absurdalny moment w moim życiu. Wysłałam pytania do sanepidu. Powiedzieli mi, że to nie ich działka, tylko lekarza. Wysłałam pytania do lekarza, a on twierdzi, że to nie jego działka i wysyła DOKŁADNIE TE SAME PYTANIA DRUGI RAZ DO SANEPIDU, ŻEBY MU POWIEDZIELI, CO ON MA ODPISAĆ! Czy może być jeszcze gorzej? Przecież nawet napisałam, że sanepid już te pytania widział i odesłał mnie do niej. A jakież to kwestie uważa ona za wykraczające poza jej kompetencje?
Kiedy Wasz pediatra powie Wam, że dwie dawki MMR chronią do końca życia w 99%, powiedzcie mu, że nie ma prawa wypowiadać się na ten temat, bo to wykracza poza jego kompetencje.
Kiedy Wasz pediatra powie Wam, że występujące w szczepionkach związki rtęci i glinu są całkowicie obojętne dla organizmu niemowlęcia, wyśmiejcie go, bo jego wykształcenie nie pozwala mu na wysuwanie takich tez.
Kiedy położna w szpitalu powie Wam, że noworodek musi być zaszczepiony natychmiast, bierzcie nogi za pas, bo to na pewno zaprogramowany cyborg jest.

Dlaczego popiera Pani szczepienia i własnoręcznie kwalifikuje dzieci do szczepień, jeśli nie ma Pani bladego pojęcia o naprawdę podstawowych podstawach, o które pytają rodzice?

Nie wiem, czy sanepid coś odpisał, ja w każdym razie nigdy nie otrzymałam odpowiedzi. Pytania zadałam w styczniu, pismo do sanepidu wysłano w marcu, teraz mamy listopad, a ja nadal nie mogę zaszczepić dziecka, bo nie otrzymałam informacji, dzięki którym mogłabym ponownie oszacować ryzyko zabiegu. Interesuje mnie jedna rzecz: za rok udamy się na bilans 4-latka i Pani Doktor będzie musiała poinformować mnie o szczepieniach zalecanych. Jak mi wtedy spojrzy w oczy? W ogóle będzie pamiętała i kojarzyła, że to ja wysłałam do niej pytania, które wzbudziły taki popłoch? Więcej pism nie wysyłałam, bo jeszcze by mnie z przychodni wyrzucili jak tą panią :D Chociaż akurat zadawanie pytań lekarzowi jest raczej wyrazem zaufania niż jego braku, no ale...

Od tamtej pory pisałam sobie spokojnie posty, jednocześnie tworząc stronę i w końcu we wrześniu udało mi się postawić bloga. Za co się nie wezmę, wychodzi na wierzch po prostu TRA-GE-DIA. Nikt nic nie wie. Mam w przygotowaniu posty, które pokazują, jak specjaliści od evidence-based medicine przeprowadzają rzetelne analizy NOPów, które potem są cytowane przez proszczepionkowców i wiarygodne źródła. Mam w przygotowaniu posty, które na kilka różnych sposobów udowadniają, że nie ma w Polsce obowiązku szczepienia dzieci zdrowych, tylko potrzebuję motywacji, żeby je skończyć. Mam w przygotowaniu posty, które pokazują, kto tak naprawdę choruje na odrę, ale próbuję jeszcze wyciągnąć dokładniejsze dane statystyczne. Na podstawie tego, co już widziałam, intuicja podpowiada mi też, że większość chorujących Polaków to osoby szczepione, wbrew temu, co mówią środki przekazu. Pojawiające się zachorowania na odrę nie mają też kompletnie żadnego związku ze spadkiem wyszczepialności.

Teraz na przykład wszyscy ekscytują się 17 już zachorowaniami na Mazowszu - woda na młyn dla inicjatywy "Szczepimy, bo myślimy". A ja wiem, bo sprawdziłam to sobie już parę miesięcy temu, że województwo mazowieckie ma od lat najwyższą liczbę zachorowań na odrę, więc 17 przypadków nie robi na mnie żadnego wrażenia. Dzień, jak co dzień. Bardziej interesuje mnie, czy ktoś będzie miał powikłania, jakie i w jakim wieku, i kto jest źródłem, bo że wśród chorych są Ukraińcy, to już wiemy, czy pojawią się też zachorowania wśród zaszczepionych, czy oni będą mieli powikłania, jakie i w jakim wieku, i czy się tego dowiemy, jeśli do tego dojdzie.
W 2016 roku zachorowało w mazowieckim 30 osób, w 2012 roku 21 osób, w 2009 roku 23 osoby, a w 2007 roku 26 osób. Spróbujcie znaleźć informacje, kto wtedy chorował. Nie ma. Gazety o tym nie pisały, bo to było normalne, no i nikt nie biegał wtedy po ulicach z petycją, a w sejmie nie leżała ustawa o dobrowolności szczepień.
W 2006 roku były to nawet 52 zachorowania, a mieliśmy wtedy jeden z najwyższych poziomów wyszczepienia, bo aż 98,2%. Ojej, jak to możliwe? Zakażeniu ulegli w dużej mierze dorośli ludzie w wieku 20-30 lat, a zaszczepionych było przynajmniej 37% chorych.
Podobno była wtedy epidemia na Ukrainie, więc byłyby to zachorowania importowane. Coraz częściej zresztą przyznają, że przypadki odry w Polsce to zachorowania importowane albo pochodzące od importowanych, ale tak dla zasady zawsze trzeba rzucić podejrzenia na Bogu ducha winne nieszczepione dzieci.

Wraz ze wzrostem wiedzy, zmniejsza się strach. Szczególnie pomaga poznanie swoich praw. Teraz jestem dużo spokojniejsza i wiem, co mam robić. Oczywiście nadal boję się chorób, ale dużo bardziej boję się szczepień. Podtrzymuję też opinię wyrażoną w pierwszym piśmie do sanepidu. W przypadku choroby moje dzieci będą leczone, bo co miesiąc na to płacimy. Będą leczone ze znanych chorób w sprawdzony sposób. I nadal mogę je przed tymi chorobami chronić. Szczepienie natomiast jest nieprzewidywalne w skutkach, a z wszelkimi negatywnymi konsekwencjami zostaniemy sami. Dziękuję, to jest mój świadomy wybór, którego dokonałam na podstawie skrawków udostępnionych i przeanalizowanych do tej pory danych.

ŹRÓDŁA DANYCH
Jakby ktoś chciał skorzystać :)
2017-11-20 odpowiedź do sanepidu: ściągnij z Google Drive lub bezpośrednio,
2018-01-08 odpowiedź do sanepidu: ściągnij z Google Drive lub bezpośrednio,
2018-01-08 pytania do pediatry: ściągnij z Google Drive lub bezpośrednio.

malutka aktualizacja po 6 godzinach

INSPEKTOR PINKAS: Co teraz? Czworo z nich jest zaszczepionych.
ODBICIE W LUSTRZE: Powiedzcie, że nie są.
INSPEKTOR PINKAS: Ale przecież ludzie się dowiedzą. Jak się wtedy wytłumaczymy?
ODBICIE W LUSTRZE: Powiecie, że gdy nie macie dokumentacji medycznej, traktujecie ich jako nieszczepionych.
INSPEKTOR PINKAS: Acha, acha...
Rysunek 1
źródło: biuletyn
(czerwone zakreślenia moje)
comments powered by Disqus